piątek, 24 września 2010

O wypalaczach i fajnych nastolatkach

Michał przywitał mnie jakoś tak z roztargnieniem. Miał zmarszczone czoło i widać było, że myślami jest bardzo daleko. 

-Byłem w Sanepidzie- odezwał się w końcu. – Niczego nie mogą zrobić. Dopóki to paskudztwo jest sprzedawane jako „produkt kolekcjonerski”, a nie spożywczy, Sanepid nie może tego zabronić. Kiedy tam wchodziłem, minął mnie jakiś prawnik. Był w Sanepidzie w tej samej sprawie...

Kiwnęłam głową z rezygnacją. W naszym mieście powstaje sklep z dopalaczami, coraz więcej młodych ludzi truje się tym świństwem, a prawo jest bezradne…

O dopalaczach wiele się ostatnio mówi (zastanawiam się, czy ten szum dookoła nich nie jest dodatkową reklamą…). Są to mieszanki różnych substancji chemicznych o silnym działaniu odurzającym. Sprzedawane są legalnie, choć według oficjalnej wersji przeznaczone są do zbierania, kolekcjonowania, a nie do zażycia. Absurd! Młodzież się cieszy- można legalnie kupić substancje o działaniu narkotyków i nikt nawet nie sprawdzi dowodu. Można „mieć fazkę na legalu”. Nie trzeba zadawać się z dealerami „prawdziwych” narkotyków i ryzykować przyłapania przez policję, skoro prawie za każdym rokiem jest sklep z legalnymi substancjami o podobnym działaniu. I to czynny dłużej, niż piekarnia, czy apteka…

Rodzice i lekarze załamują ręce. Nikt nie łudzi się, że młodzi wkładają dopalacze do klaserów, lub układają w kolekcjonerskich gablotkach. Usłużni sprzedawcy chętnie objaśniają, jak te „kolekcjonerskie cacka” zażyć i jaka „faza” może po nich być. Nie mają prawa udzielać takich informacji, ale robią to. W wyniku tego na szpitalne odziały toksykologiczne trafia coraz więcej młodych ludzi silnie zatrutych dopalaczami. Podniesione ciśnienie i tętno, migotanie komór serca, mózg i wątroba uszkodzone silną chemią. A miało być tylko fajnie, miała być zabawa… Lekarze bywają bezradni, no bo jak tu odtruć kogoś, skoro nie wiadomo CZYM się zatruł? Na opakowaniach dopalaczy nie ma podanego składu chemicznego. Dokładne testy stosowane w szpitalach z łatwością wykryją alkohol, amfetaminę i inne paskudztwa, ale nie radzą sobie z tajemniczymi dopalaczami. Wzory chemiczne dopalaczy są skomplikowane, a jeśli jakaś substancja zostaje zabroniona przez prawo, wystarczy minimalnie zmienić ten wzór, aby otrzymać substancję dozwoloną przez zapisy prawne, mającą podobne działanie i… nieznaną lekarzom. W efekcie coraz więcej amatorów dopalaczy umiera, lub bardzo długo walczy o życie na szpitalnych oddziałach.

„Właściwie, to czym ja się przejmuję? Przecież to nie moja sprawa. MNIE to nie dotyczy”- przeszło mi przez myśl. To fakt, nie dotyczy mnie. Ale być może tylko dlatego, że kilka lat temu, gdy sama byłam zbuntowaną nastolatką w glanach, dopalaczy jeszcze nie było na polskim rynku. Z buntu i niemądrych przygód już wyrosłam. Problem dopalaczy nie dotyka bezpośrednio mnie, ale przecież może dotknąć moich młodszych kuzynów, kolegów… Wbrew pozorom używki- alkohol, narkotyki, dopalacze- to nie problem zdegenerowanych, do szpiku kości złych małolatów (z resztą czy można o kimkolwiek powiedzieć, że jest zły?). Nie. Najczęściej po takie „ulepszacze życia” sięgają jednostki inteligentne i wrażliwe. Gdy się ma kilkanaście lat łatwo jest zrobić głupotę, nawet, jeśli jest się mądrym, dobrym człowiekiem. Bo potrzeba akceptacji grupy jest tak silna, że robi się to samo, co inni. Nawet popadając w brawurę… Bo tkwią w nich tak silne zranienia, że nie potrafią sobie z nimi poradzić bez odpowiedniej pomocy i ból zagłuszają używkami. Bo rodzi się zupełnie normalny, naturalny (w tym okresie życia) bunt przeciwko światu- nikt ich nie rozumie, cały świat nie rozumie, dlatego trzeba robić światu na przekór… Różnie to bywa. Czasami z takich powodów fajne, mądre dzieciaki ładują się w kłopoty i uzależnienia. Mamy tendencję, by osoby uzależnione traktować jak gorsze, niegodne szacunku. Uzależnienie, to społeczny stygmat- łatka ćpuna, czy pijaka czyni młodego człowieka niemal trędowatym w społeczeństwie… I takim to sposobem wiele bardzo fajnych małolatów stacza się na dno. 

Tak, to jest moja sprawa. Sama kiedyś byłam nastolatką, a w przyszłości- przy odrobinie szczęścia- będę mamą fajnych nastolatków. Nie chcę, żeby młodzi  ludzie marnowali się przez takie świństwa, jak dopalacze, nie chcę, żeby moje dzieci miały do nich łatwy dostęp.

Na myśl o tym aż przeszły mnie ciarki.

-Petycja do prezydenta miasta chyba niewiele tu zmieni, prawda?- spojrzałam na Michała bez większej nadziei.

-Raczej tak. Myślę, że niewiele da- przyznał z troską.

-No ale przynajmniej wyraziłaby ona głośno sprzeciw ludzi. Zawsze to coś…

Długo rozmawialiśmy na ten temat. Tak po ludzku nic nie można zrobić. Nasi przyjaciele i znajomi, a także ludzie w innych miastach Polski, próbują inaczej- modlą się. I to jest chyba najlepsze wyjście. My też będziemy. 

poniedziałek, 19 lipca 2010

Nie opluwać, lecz kochać!

           Zanim przejdę do sedna sprawy, która skłoniła mnie do refleksji, popełnię krótką retrospekcję: Od jedenastego do trzynastego wieku naszej ery odbywały się wyprawy krzyżowe z Europy do Palestyny. Europejscy chrześcijanie, chcąc pozyskać z rąk "niewiernych" miejsca związane z wiarą chrześcijańską, prowadzili walki które pochłonęły dziesiątki tysięcy ofiar. W trzynastym wieku zakon krzyżacki rozpoczął "nawracanie" Prus. I delikatnie mówiąc... nie odbyło się to łagodnie i pokojowo... W piętnastym wieku miały miejsce wojny religijne pomiędzy katolikami, a protestantami w Niemczech. Walcząc w imię Jezusa (który jest przecież Miłością i Miłosierdziem), bez żadnego wstydu tłukli się niemiłosiernie. Takim to sposobem religia chrześcijańska, która tak naprawdę jest religią miłości, która zakłada dostrzeganie i szanowanie Boga w każdym człowieku- przez wieki była haniebnie plamiona czarnymi kleksami nienawiści, braku szacunku i okrucieństwa. Wstyd!

             Wydawać by się mogło, że te okropne czasy na szczęście już minęły. A jednak nie całkiem... Pseudokatolicki jad sączy się nadal, tyle, że w nieco bardziej zawoalowanej formie. 

               Nie dalej jak w marcu Młodzież Wszechpolska utopiła w Wiśle kukłę przedstawiającą panią Alicję Tysiąc. Miał to być manifest przeciwko proaborcyjnym poglądom tej pani. Dwa lata temu skandal wywołał pewien katolicki kapłan, wypowiadający się pogardliwie i wrogo na temat homoseksualistów. Posunął się nawet do stwierdzenia, że kiedyś "pedałów" palono na stosach i "może powrócimy do tych wspaniałych czasów". Takich "perełek" mogłabym zaserwować jeszcze wiele, ale nie zrobię tego, bo mi wstyd. Sama jestem katoliczką, też jestem przeciwniczką aborcji i homoseksualizmu, ale najzwyczajniej szlag mnie trafia, gdy ktoś tak zieje nienawiścią i brakiem szacunku do bliźnich.

                  Człowiek wierzący może (a nawet powinien!) przeciwstawiać się stanowczo pewnym czynom i postawom, które uważa za złe. Nigdy jednak nie powinien potępiać ludzi, którzy za tymi czynami i postawami stoją. "Nie kochaj w człowieku błędu, lecz kochaj człowieka"- apelował święty Augustyn. "Walczę ze złem, a nie z ofiarami zła"- mawiał z naciskiem ksiądz Popiełuszko. W praktyce ich słowa oznaczają tyle samo, co: nie popieraj związków homoseksualnych, ale szanuj homoseksualistę, nie popieraj aborcji, ale módl się za kobietą, która jej dokonuje. Mów głośno, o tym, co uważasz za złe, ale mów to z miłością, a nie- plując jadem. 

                  Wylewanie pomyj na innych ludzi, deptanie ich godności, wypacza wiarę i godzi w jej fundamenty. "To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali (...)" (J 15, 12) powiedział Jezus i nigdy tego nie odwołał. Nie dodał drobnym druczkiem aneksu, typu "ludzi zagubionych, nieszczęśliwych i złoczyńców miłować nie musicie"... Dlatego jeśli ktoś w Niego wierzy, należy do Jego Kościoła, nie powinien odnosić się do innych z pogardą, lub agresją.

            Na szczęście jednak jest jeszcze wielu dobrych ludzi, którzy o tym pamiętają. Przekonałam się o tym kilka dni temu. Przy okazji parady homoseksualistów w Warszawie (której nawiasem mówiąc nie popieram!) rozgorzało wiele obrzydliwych, homofobicznych pyskówek. Było wielu ludzi, którzy z zamiłowaniem kąsali "pieprzonych pedałów". Ale obok tego kipiącego kociołka jadu pojawiła się piękna i mądra inicjatywa. Ktoś wpadł na pomysł, aby defensywą dla parady stała się... modlitwa, spowiedź i adoracja Najświętszego Sakramentu. Na plakacie promującym tę akcję, przedstawiony był Jezus, który mówił "Nie przyszedłem potępić, lecz zbawić". Gdy to zobaczyłam, uśmiechnęłam się. Modlitwa jest zawsze czynem miłości i może zdziałać więcej, niż najgorętszy protest. Ten, kto na to wpadł, moim zdaniem pokazał, że są jeszcze w Kościele mądrzy ludzie. Na szczęście!

czwartek, 15 lipca 2010

Zaczarowane akordeony

Obok wielu pięknych i zabawnych wspomnień z dzieciństwa, szczególnie z różnych świąt i spotkań rodzinnych, mam jedno takie, które do dziś wywołuje u mnie zgrzytanie zębami. A mianowicie, gdy przy stole (wigilijnym, bądź urodzinowym) zbierała się cała rodzina, przyjeżdżała również moja ukochana ciocia, z równie kochanym wujkiem i... jego zupełnie niekochanym akordeonem. Akordeon w czerwonej obudowie wyglądał dość niewinnie i do pewnego momentu nikomu krzywdy nie czynił, leżąc cicho w kącie. Gdy jednak wszyscy się najedli, nagadali, wujek brał akordeon do rąk i wtedy się zaczynało. Czerwony instrument łypał na mnie złowieszczo, wydawał pierwsze złowrogie dźwięki, a potem... Potem już płynęła z niego fala jęków, zgrzytów i fałszów układających się w kiepskie biesiadne piosenki. Koszmar!

Nic więc dziwnego, że nigdy nie lubiłam dźwięków akordeonu. Swoim laickim uwielbieniem darzyłam dźwięk skrzypiec, fletu, fortepianu, czy organów w muzyce klasycznej. Kochałam jazzowe trąbki, basy i saksofony, rockowe elektryczne gitary. Leciutkie fleciki irlandzkiego folkloru i renesansowe klawesyny. Ale na akordeon miałam alergię. I to taką, że nawet antyhistamina nie pomoże! Ostatnimi czasy moje objawy alergiczne złagodniały nieco na skutek pewnego utworu zasłyszanego przypadkiem. Ale i tak akordeon to nie jest to, "co tygrysy lubią najbardziej". Dlatego nie tryskałam entuzjazmem, gdy dowiedziałam się, że mam jako wolontariuszka zabezpieczać medycznie koncert Poznańskiego Kwintetu Akordeonowego (służyć pomocą, gdyby ktoś padł z wrażenia, albo po prostu zasłabł). Stwierdziłam jednak, że "obowiązek obowiązkiem jest", wzięłam mundurek, apteczkę i poszłam na nieszczęsny koncert.

Na podeście pojawiło się pięciu eleganckich mężczyzn. Konferansjerka nieśmiało, słabym głosikiem wypowiedziała kilka słów wstępu, mężczyźni popatrzyli na siebie wzajemnie, wymienili uśmiechy i zaczęli grać. Akustyka kościoła, w którym odbywał się koncert, sprawiła, że dźwięk rozpływał się miękko, otulał, łagodnie kołysał... Odpłynęłam. Czy to naprawdę tylko pięć akordeonów? Przecież to bogactwo dźwięków, to mała orkiestra. Potem było Adagio g Albinoniego. Gdyby nie fakt, że wszystko odbywało się w kościele, pod czujnym i srogim okiem księdza prałata, pomyślałabym, że to jakieś czary. Miałam wrażenie, że tych pięciu mężczyzn zaraz porwie za sobą słuchaczy, jak legendarny toruński flisak, który grą na skrzypcach oczarował i wyprowadził z miasta żaby. W kościele wprawdzie żadnej plagi żab nie było, ale gra była równie czarująca. 

Nieco później muzycy sięgnęli do repertuaru legendy Jazzu- Scotta Joplina. Robili wrażenie, jakby wielką frajdę sprawiała im ta zabawa dźwiękami a ja stwierdziłam ze zdziwieniem, że jazz grany na akordeonie może być lepszy, niż na fortepianie... 

Po zakończeniu koncertu (które nadeszło zdecydowanie zbyt szybko, mimo iż bolały mnie nogi, a apteczka ciążyła...), po bisach i oklaskach na stojąco, odezwałam się do koleżanki, flecistki: "Jestem w nich zakochana!". A jednak wyznawanie miłości do pięciu mężczyzn jednocześnie, w dodatku żonatych, nie jest w moim stylu, więc na wszelki wypadek dodałam: "Platonicznie, rzecz jasna" :)

poniedziałek, 5 lipca 2010

Ogród siostry Kryspiny

Ilona włożyła bilet do kasownika i zdziwiona odskoczyła gwałtownie- kasownik ze zgrzytem wciągnął bilet do środka, po czym głośno go wypluł. Szczecińskie i Stargardzkie kasowniki w komunikacji miejskiej są całkiem inne i nie wyrywają biletów z ręki. "Widziałaś?"- zapytała zaskoczona. Obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Wtedy uświadomiłam sobie, że ja naprawdę jestem w Warszawie. Naprawdę zdobyłam się na to szaleństwo i przyjechałam tu!

Wysiadłyśmy z nagrzanego autobusu tuż pod murami klasztoru. Ciągnąc za sobą turkoczące walizki, spoglądałyśmy na siebie niepewnie. Obie miałyśmy w oczach to samo pytanie: "Wracamy do domu?! Jeszcze możemy stąd uciec...". Obie robiłyśmy w życiu już wiele dziwnych rzeczy, ale żeby tak dobrowolnie zamykać się na parę dni w klasztorze- o nie, to już przesada! Powinnyśmy siedzieć teraz w ulubionym pubie, słuchać koncertu i opijać fakt, że przed nazwiskiem Ilony pojawił się magiczny skrót "mgr". Powinnyśmy się dobrze bawić z kolegami, a nie zamykać się za jakimiś murami...

Przekroczyłyśmy bramę. Pod nogami zachrzęściły tłuczone kamienie. Zapachniały kwitnące lipy. W naszą stronę szły trzy ciemno ubrane postacie, które powitały nas radośnie. Mężczyzna wyciągnął do mnie dłoń jak bochen chleba i przedstawił się: "Ojciec Zbyszek". Siostry wyściskały mnie serdecznie. Za nimi wysypały się całą gromadą nasz nowe koleżanki- inne uczestniczki rekolekcji. Młodsze ode mnie, głośne, hałaśliwe. A ja cały czas uśmiechałam się miło, choć narastał we mnie bunt: JA WRACAM DO DOMU, JA NIE CHCĘ TU BYĆ. 

Idąc na kolację, zauważyłam że po lewej stronie ścieżki jest piękny ogród kwiatowy. W centralnym miejscu stała figura Jezusa z szeroko rozpostartymi ramionami. Jakby tymi ramionami obejmował wieczorne niebo, kwiaty i nas- Ilonę i mnie. Dookoła rosły piękne róże, aksamitki, maciejka, dalej ostrokrzewy, piwonie i inne cuda. Ślicznie! 

Byłyśmy spóźnione, dlatego kolację jadłyśmy same z siostrą. I chociaż musiałam przyznać sprawiedliwie, że siostra Franczeska była stworzeniem naprawdę uroczym- dowcipnym, błyskotliwym i sympatycznym, a przy tym miała buzię śliczną, jak aniołek, to jednak miałam ochotę przed nią uciekać. JA WRACAM DO DOMU. 

Następnego dnia byłam już trochę spokojniejsza. Nie jest tak źle. Ostatecznie, to tylko parę dni. Jakoś wytrzymam. Będę miała czas na modlitwę i wyciszenie. Siostry są w porządku. Ja mam nosa do ludzi- te siostry, to mądre, sympatyczne babeczki. Ojciec- choć sprawia wrażenie beztroskiego wesołka- tak naprawdę też jest bardzo mądry. Wiele mogę się od niego nauczyć. Koleżanki chyba też nie są takie złe. No i kaplica nawet mi się podoba. Można sobie spokojnie pobyć z Jezusem i nikt nie zawraca mi tam głowy. No dobra, nie ma tragedii, jakoś wytrzymam.

W piątek byłam jednak już zmęczona. Sama nie wiedziałam czym. Miałam dosyć. Co dziwne, nie brakowało swobody, gwaru, imprez. Nie brakowało mi niczego, co zostawiłam "za murem". Śpiewy sióstr, gwizdanie jaskółek, zapach lip i ta niezwykła cisza przed Najświętszym Sakramentem- to było to. Byłam otoczona serdecznością, troską i życzliwością. Naprawdę nie, nie brakowało mi niczego. Dlaczego więc miałam dosyć? Co tak bardzo mnie męczyło? Wieczorem postanowiłyśmy z Iloną nie iść ze wszystkimi do kaplicy, tylko odpocząć- same nie wiedziałyśmy od czego. Spacerując, zobaczyłam w ogrodzie kwiatowym jakąś drobną postać. Siwiuteńka i krucha siostra w wytartym fartuchu, plewiła klomby. 

-Możemy w czymś pomóc?

-A nie, kochane moje, odpocznijcie sobie- uśmiechnęła się ślicznie.

-My nic innego tu nie robimy, tylko odpoczywamy... Chętnie pomożemy- zapewniłam, choć nigdy w życiu nie wyhodowałam nawet marchewki i nie wiedziałam, co miałabym tu robić. Siostra trochę nieśmiało, nie chcąc nas męczyć i kłopotać, podała Ilonie i mnie narzędzia. 

-Możecie tu troszkę powyrywać chwasty. 

Wyrywanie wciągnęło nas tak, że nawet nie zauważyłyśmy, gdy reszta grupy wyszła z kaplicy. Koleżanki potraktowały nas jak niegroźne wariatki. Ale nam się podobało. Podobał nam się pachnący ogród i szczęśliwa twarzyczka siostry Kryspiny, dla której mogłyśmy coś zrobić. Od tej pory wolne chwile spędzałyśmy w ogrodzie. Plewiłyśmy, podlewałyśmy, wbijałyśmy paliki. Róże drapały, komary gryzły, oblepiało nas błoto, a koleżanki dziwiły się. Ale nam było dobrze. Było dla nas coś nowego w tym, że widzimy Jezusa nie tylko w monstrancji, ale i w tej drobnej, kruchej siostrze, że modlimy się nie tylko na klęczkach w kaplicy, ale i tu, w ogrodzie, z motyką w rękach. Teraz już nie byłam zmęczona, nie miałam dosyć. Była w tym jakaś równowaga. Nie tylko doświadczałam opieki i troski, nie tylko dostawałam, ale też dawałam coś od siebie. Nie tylko ktoś się dla mnie wysilał, ale też ja dla kogoś. To było bardzo przyjemne. Poza tym maciejka i róże pachniały cudnie, a figura Jezusa ciągle otwierała nad nami kamienne ramiona... 

Ostatniego wieczoru zatrzymałam się przed figurą. Nie chciałam wracać do domu, opuszczać siostry, do której się przywiązałam i jej ogrodu, który znałam już jak własny. Nie chciałam zostawiać ciszy kaplicy i gwizdu jaskółek. Tak dobrze mi było... A przecież gdyby tydzień wcześniej ktoś powiedział mi, że będzie mi dobrze w klasztorze i że będę z przyjemnością pracować w ogródku- wyśmiałabym go. 

"Panie Jezu, Ty to masz pomysły..."- uśmiechnęłam się

Kiedy znalazłyśmy się z Iloną na Dworcu Centralnym, w gwarnym i ruchliwym tłumie, zobaczyłam przed sobą kafejkę internetową. 

-Teraz sobie uświadomiłam, że bardzo długo nie korzystałam z internetu i nawet mi tego nie brakowało. 

-A w ogóle czegoś ci brakowało?- zapytała Ilona.

-Nie, niczego.

wtorek, 29 czerwca 2010

Hora de dizer adeus

W sobotę pożegnałam mojego serdecznego przyjaciela. Dziś kolejne dwie ważne dla mnie osoby. Właściwie bez słowa "żegnaj", bez uścisków dłuższych i mocniejszych niż zwykle. Bez wielkich słów. Wiele chciałabym powiedzieć, ale tak bardzo boję się patosu, banału... Więc tylko tak, szybciutko, jakbyśmy mieli spotkać się za tydzień. Z uśmiechem. 

Dyskretnie opróżniłam torebkę z zasmarkanych, zapłakanych chusteczek. 

Mam nadzieję, że wszyscy trzej wiedzą, jak wiele mnie nauczyli. Jak bardzo ich ceniłam.

Dziwne to uczucie, gdy po bliskich osobach zostaje nagle tylko kilka ciepłych wspomnień i... ich piosenki...

środa, 23 czerwca 2010

Moi Ojcowie

      Dziś Dzień Ojca. Tak, jak w Dzień Mamy pisałam o moich Matkach, tak dziś chciałabym napisać kilka ciepłych słów o moich Ojcach, choć osoby niewierzące po przeczytaniu tej notki zapewne znowu się skrzywią i powiedzą mi później parę zdań do słuchu ;)
         Każdy ma swój własny obraz ojca. Według mnie "Ojciec" to bardzo ładne słowo. Pełne miłości, szacunku, czułości. Ojciec, to też bardzo ważna postać dla każdej kobiety. To w oczach taty przeglądają się dziewczynki, kształtując poczucie własnej wartości. Dzięki miłości ojca do matki uczą się relacji damsko- męskich, miłości partnerskiej, szacunku dla drugiej płci. Tak, ojciec, to ważna postać, a ja jestem wybitną szczęściarą bo w pewnym sensie Ojców mam aż... czterech. I każdy z nich jest dla mnie kimś wyjątkowym. 
       Tym najważniejszym, najbardziej ukochanym jest oczywiście Bóg. Ojciec niezawodny w każdej sytuacji, kochający mnie jak nikt inny, najbardziej cierpliwy i wyrozumiały. Ten, który najlepiej mnie zna, któremu mogę powiedzieć wszystko. Ale też najbardziej wymagający i stawiający przede mną najtrudniejsze zadania...
         Drugim jest mój Tata- ten, który w dzieciństwie nosił mnie na rękach, czytał baśnie na dobranoc. Chodził na wywiadówki i uczył mnie pływać. Ten, który jeszcze parę miesięcy temu opiekował się  mną, gdy sama byłam niesprawna po kontuzji. Czasami ciężko nam ze sobą wytrzymać, trudno ze sobą rozmawiać. Uczymy się tego nieudolnie. Staramy się spotykać, a i tak często się mijamy. Ciskamy gromy, lub zamykamy się w bańkach milczenia. Ale jedno jest pewne- potrafimy kochać się wzajemnie mimo wszystko. To najważniejsze.
        W dawnej tradycji izraelskiej ojcem dziecka był ten, kto uczył je wiary w Boga. Według mnie to ładna tradycja. Jest coś pięknego w tym powiązaniu roli ojca z funkcją duchowego przewodnika i troskliwego nauczyciela. Dlatego też i mój spowiednik ma honorowo przyznany tytuł Ojca. W pełni należy mu się to miano. To słowo takie piękne i ważne. Za to, że uczy wiary i pomaga rozjaśniać ciemności. Choć nie zawsze popiera moje postępowanie, to jednak zawsze mnie akceptuje i stara się zrozumieć. Wskazuje dobrą drogę, ale nie prowadzi za rękę, abym szła samodzielnie. To mądry Ojciec, choć ledwie dziesięć lat starszy ode mnie... 
        Jest wreszcie i ten czwarty Ojciec. A właściwie "Cień Ojca", jak o nim pisał Dobraczyński. Ale chociaż jest "tylko cieniem", bardzo go cenię i uważam za bardzo mądrego, porządnego faceta. Był młody i zapewne bardzo szczęśliwy- właśnie znalazł kobietę, z którą chciał spędzić resztę życia- gdy spotkało go cierpienie. Dowiedział się, że Ukochana jest w ciąży. I to nie z nim! Pewnie czuł się zawiedziony i oszukany. W świetle prawa niewierna dziewczyna zasługiwała na śmierć. Ale on, chociaż cierpiał, nie chciał jej krzywdy. Postanowił, że po cichutku, bez rozgłosu, bez orzekania o Jej winie- weźmie z nią rozwód. Choć pewnie liczył się z tym, że w ten sposób weźmie winę na siebie. Zostawi kobietę w ciąży, wyjdzie na ostatniego chama, najgorszą męską świnię, a to oznacza dla niego społeczną, towarzyską "śmierć" wśród sąsiadów. Wolał jednak to, niż skazanie Ukochanej na karę. Pokazał facet klasę! Łatwo się domyślić, że chodzi tu o świętego Józefa. Myślę sobie, że Bóg nie dałby swojego Dziecka byle komu, dlatego święty Józef musiał być naprawdę wyjątkowym mężczyzną. Dlatego też i ja odnoszę się do niego z wielkim szacunkiem i miłością*.  Staram się od niego uczyć spokoju i pokory. Uczyć się- jak od Ojca...
       Mając tak wspaniałych Ojców, uważam, że rola ojca jest ważna i piękna. Dlatego wszystkim Ojcom typów wszelakich- biologicznym i duchowym- życzę dziś wszystkiego najlepszego. Dobrze, że jesteście!
         
_________________________
*Wiem, że dla osób niewierzących to kompletnie niezrozumiałe, albo nawet dziwne- jak można tworzyć bliską relację ze świętym? Ale to jest temat na osobną notkę, dlatego napiszę o tym kiedyś, innym razem.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Najlepsze życzenia

Mój trzyletni chrześniak przećwiczył wcześniej z mamą, jak ma złożyć mi imieninowe życzenia. Kiedy jednak przybiegł z ogrodu zziajany, z rączkami umorusanymi ziemią i stanął przede mną z bombonierką w dłoni- zapomniał wszystkiego. Z przejęcia wszystko wyleciało mu z głowy. Zawstydził się, spuścił oczy. 

W końcu jednak zebrał się w sobie dzielnie, jak na mężczyznę przystało. Wspiął się na wyżyny intelektu i odwagi i powiedział:

Ala, umyj mi ręce! 

Ryknęłam śmiechem, a mały razem ze mną. No nie ma co, talent mówcy, to on ma po mnie.