wtorek, 29 czerwca 2010

Hora de dizer adeus

W sobotę pożegnałam mojego serdecznego przyjaciela. Dziś kolejne dwie ważne dla mnie osoby. Właściwie bez słowa "żegnaj", bez uścisków dłuższych i mocniejszych niż zwykle. Bez wielkich słów. Wiele chciałabym powiedzieć, ale tak bardzo boję się patosu, banału... Więc tylko tak, szybciutko, jakbyśmy mieli spotkać się za tydzień. Z uśmiechem. 

Dyskretnie opróżniłam torebkę z zasmarkanych, zapłakanych chusteczek. 

Mam nadzieję, że wszyscy trzej wiedzą, jak wiele mnie nauczyli. Jak bardzo ich ceniłam.

Dziwne to uczucie, gdy po bliskich osobach zostaje nagle tylko kilka ciepłych wspomnień i... ich piosenki...

środa, 23 czerwca 2010

Moi Ojcowie

      Dziś Dzień Ojca. Tak, jak w Dzień Mamy pisałam o moich Matkach, tak dziś chciałabym napisać kilka ciepłych słów o moich Ojcach, choć osoby niewierzące po przeczytaniu tej notki zapewne znowu się skrzywią i powiedzą mi później parę zdań do słuchu ;)
         Każdy ma swój własny obraz ojca. Według mnie "Ojciec" to bardzo ładne słowo. Pełne miłości, szacunku, czułości. Ojciec, to też bardzo ważna postać dla każdej kobiety. To w oczach taty przeglądają się dziewczynki, kształtując poczucie własnej wartości. Dzięki miłości ojca do matki uczą się relacji damsko- męskich, miłości partnerskiej, szacunku dla drugiej płci. Tak, ojciec, to ważna postać, a ja jestem wybitną szczęściarą bo w pewnym sensie Ojców mam aż... czterech. I każdy z nich jest dla mnie kimś wyjątkowym. 
       Tym najważniejszym, najbardziej ukochanym jest oczywiście Bóg. Ojciec niezawodny w każdej sytuacji, kochający mnie jak nikt inny, najbardziej cierpliwy i wyrozumiały. Ten, który najlepiej mnie zna, któremu mogę powiedzieć wszystko. Ale też najbardziej wymagający i stawiający przede mną najtrudniejsze zadania...
         Drugim jest mój Tata- ten, który w dzieciństwie nosił mnie na rękach, czytał baśnie na dobranoc. Chodził na wywiadówki i uczył mnie pływać. Ten, który jeszcze parę miesięcy temu opiekował się  mną, gdy sama byłam niesprawna po kontuzji. Czasami ciężko nam ze sobą wytrzymać, trudno ze sobą rozmawiać. Uczymy się tego nieudolnie. Staramy się spotykać, a i tak często się mijamy. Ciskamy gromy, lub zamykamy się w bańkach milczenia. Ale jedno jest pewne- potrafimy kochać się wzajemnie mimo wszystko. To najważniejsze.
        W dawnej tradycji izraelskiej ojcem dziecka był ten, kto uczył je wiary w Boga. Według mnie to ładna tradycja. Jest coś pięknego w tym powiązaniu roli ojca z funkcją duchowego przewodnika i troskliwego nauczyciela. Dlatego też i mój spowiednik ma honorowo przyznany tytuł Ojca. W pełni należy mu się to miano. To słowo takie piękne i ważne. Za to, że uczy wiary i pomaga rozjaśniać ciemności. Choć nie zawsze popiera moje postępowanie, to jednak zawsze mnie akceptuje i stara się zrozumieć. Wskazuje dobrą drogę, ale nie prowadzi za rękę, abym szła samodzielnie. To mądry Ojciec, choć ledwie dziesięć lat starszy ode mnie... 
        Jest wreszcie i ten czwarty Ojciec. A właściwie "Cień Ojca", jak o nim pisał Dobraczyński. Ale chociaż jest "tylko cieniem", bardzo go cenię i uważam za bardzo mądrego, porządnego faceta. Był młody i zapewne bardzo szczęśliwy- właśnie znalazł kobietę, z którą chciał spędzić resztę życia- gdy spotkało go cierpienie. Dowiedział się, że Ukochana jest w ciąży. I to nie z nim! Pewnie czuł się zawiedziony i oszukany. W świetle prawa niewierna dziewczyna zasługiwała na śmierć. Ale on, chociaż cierpiał, nie chciał jej krzywdy. Postanowił, że po cichutku, bez rozgłosu, bez orzekania o Jej winie- weźmie z nią rozwód. Choć pewnie liczył się z tym, że w ten sposób weźmie winę na siebie. Zostawi kobietę w ciąży, wyjdzie na ostatniego chama, najgorszą męską świnię, a to oznacza dla niego społeczną, towarzyską "śmierć" wśród sąsiadów. Wolał jednak to, niż skazanie Ukochanej na karę. Pokazał facet klasę! Łatwo się domyślić, że chodzi tu o świętego Józefa. Myślę sobie, że Bóg nie dałby swojego Dziecka byle komu, dlatego święty Józef musiał być naprawdę wyjątkowym mężczyzną. Dlatego też i ja odnoszę się do niego z wielkim szacunkiem i miłością*.  Staram się od niego uczyć spokoju i pokory. Uczyć się- jak od Ojca...
       Mając tak wspaniałych Ojców, uważam, że rola ojca jest ważna i piękna. Dlatego wszystkim Ojcom typów wszelakich- biologicznym i duchowym- życzę dziś wszystkiego najlepszego. Dobrze, że jesteście!
         
_________________________
*Wiem, że dla osób niewierzących to kompletnie niezrozumiałe, albo nawet dziwne- jak można tworzyć bliską relację ze świętym? Ale to jest temat na osobną notkę, dlatego napiszę o tym kiedyś, innym razem.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Najlepsze życzenia

Mój trzyletni chrześniak przećwiczył wcześniej z mamą, jak ma złożyć mi imieninowe życzenia. Kiedy jednak przybiegł z ogrodu zziajany, z rączkami umorusanymi ziemią i stanął przede mną z bombonierką w dłoni- zapomniał wszystkiego. Z przejęcia wszystko wyleciało mu z głowy. Zawstydził się, spuścił oczy. 

W końcu jednak zebrał się w sobie dzielnie, jak na mężczyznę przystało. Wspiął się na wyżyny intelektu i odwagi i powiedział:

Ala, umyj mi ręce! 

Ryknęłam śmiechem, a mały razem ze mną. No nie ma co, talent mówcy, to on ma po mnie.

czwartek, 17 czerwca 2010

Wybory kobiecym okiem (bardzo subiektywnie)

      Zwykle trzymam się na dystans od świata polityki, śledząc go jedynie ukradkiem i nie wdając się w żadne dysputy. Dziś jednak zrobię maleńki wyjątek. Wielkimi krokami zbliżają się wybory prezydenckie, a poprzedzająca je kampania wzbudziła we mnie tyle wątpliwości, że napiszę o kilku z nich. Niektóre poglądy i obietnice kandydatów na prezydenta dotykają przecież bezpośrednio spraw kobiet, a zatem i mnie. 
      Kwestiami, które chyba najbardziej dotyczą kobiet, są dwa zagadnienia najbardziej delikatne i moralnie wątpliwe: aborcja i in- vitro. Mimo, że są to kwestie bardzo trudne i łatwo się na nich poślizgnąć, niektórzy politycy wykazują się tu brawurową wręcz ignorancją i popisują się ogromną niewiedzą. 
      Na temat in- vitro bardzo chętnie i szeroko wypowiada się pan Grzegorz Napieralski. W wywiadzie dla Expresu Bydgoskiego pan Napieralski powiedział: Niepłodność jest jedną z chorób cywilizacyjnych, a procedury tzw. wspomaganego rozrodu, w tym in vitro, sposobem jej leczenia. Czytając to, westchnęłam tylko ciężko, zastanawiając się, ile osób uwierzy w to ewidentnie błędne twierdzenie. Napieralski popełnił błąd merytoryczny- niepłodność nie jest chorobą, ale stukiem chorób. Może być wywołana przez choroby hormonalne i metaboliczne (na przykład ukrytą i nieleczoną celiakię), ale sama w sobie chorobą nie jest. A in- vitro nie jest leczeniem. Metoda ta nie sprawia przecież, że kobieta jest zdrowa i płodna. Pozwala jedynie na sztuczne wywołanie ciąży, a to nie to samo. Nazywanie metody in- vitro leczeniem bezpłodności, to jak nazywanie sztucznych zębów najlepszą metodą leczenia próchnicy. 
     Jako kobieta wolałabym zdecydowanie, aby państwo refundowało mi metody, które faktycznie by mnie leczyły. Nie mówi się o tym często, ani zbyt głośno, ale jest metoda, która w odróżnieniu od sztucznego zapłodnienia naprawdę leczy niepłodność. Jest to naprotechnologia- wnikliwe obserwowanie organizmu kobiety w celu zdiagnozowania i usunięcia wszelkich możliwych problemów. Jest to metoda bardzo skuteczna, lecz mało popularna ze względu na wysokie koszty. Osobiście wolałabym, aby nad refundacją tej właśnie metody pochylili się politycy. Chyba każdy woli leczyć własne zęby, niż od razu wkładać sztuczną szczękę...
       Grzegorz Napieralski chciał wykazać się nowoczesnością i postępowym myśleniem. Zamiast tego wykazał się brakiem rzetelnej wiedzy. 
        Jest jeszcze wiele spraw, które budzą moje kontrowersje. Ale dam sobie już spokój i nie napiszę więcej. I tak złamałam swoją prywatną zasadę, wypowiadając się na temat polityki. Na koniec westchnę sobie tylko: Tak relatywne podejście do moralności i rzetelności niektórych kandydatów na prezydenta sprawia, że najbliższe wybory nie napawają mnie optymizmem...

sobota, 12 czerwca 2010

Bez zasłony dymnej

       Czasami każdemu z nas- nawet stworkom najbardziej pogodnym- zdarzają się cięższe chwile. Takie, gdy uśmiech i optymizm biorą sobie jednodniowy ( a w uzasadnionych przypadkach nawet nieco dłuższy) urlop. Takie chwile, gdy człowiek snuje się po mieszkaniu jak mól po pustej szafie, nie mogąc znaleźć sobie miejsca i zajęcia. Nic nie pomaga, a osobom wierzącym nawet modlitwa nie przynosi ulgi. W takie dni kobiety robią zwykle wyjątkowo staranny makijaż, aby zręcznie ukryć brak blasku w oczach i szarość twarzy. A może... może nawet czasami ukryć ślady łez. Mnie takie dni nie zdarzają się często, ale jednak zdarzają się. W końcu "nic co ludzkie nie jest mi obce".
        Wielu ludzi w takich chwilach znajduje sobie jakieś "pocieszacze". Coś, co sprawia chwilową przyjemność, odstresowuje i odrywa myśli od przykrych spraw. Dla jednych takim "antystresem" będzie sport, dla innych- alkohol, papierosy, jedzenie, czy zakupy. Nic w tym złego, jeśli jest to sport. Kiedy sobie człowiek solidnie pobiega i zmęczy się, nabiera dystansu do wielu spraw i łatwiej mu stawiać czoła trudnym sytuacjom. Gorzej, gdy chodzi o pozostałe "pocieszacze". Te nie dość, że zwykle nie pomagają, bo nie prowadzą ku żadnej konstruktywnej refleksji (nie da się nabrać dystansu do problemów jedząc tony pączków, lub pijąc na potęgę- da się je tylko zagłuszyć), to jeszcze szybko uzależniają. 
      Ja na swoje smutki i złości stosowałam zwykle niezbyt mądrą, lecz skuteczną metodę. Lubiłam palić. Wystarczyło usiąść z popielniczką w ręku, wypalić pół paczki i już- na chwilę było lepiej. Gorzkawy dymek spowijał wszystkie troski. 
        Dziś właśnie miałam taki gorszy dzień. Dzień z gatunku tych, które chciałoby się wymazać z kalendarza kolorową gumką. Jak cudnie byłoby tak po prostu zwinąć się w kłębek na fotelu, zaciągając się głęboko papierosowym dymem. Choć nie palę od kwietnia, miałam już gnać do kiosku po paczkę "pocieszaczy". Ale nie. Nie poszłam. Stwierdziłam, że łamiąc swoje postanowienie, poczułabym się jeszcze gorzej. Bez osłony dymnej zmartwienia wydawały się jeszcze bardziej szczerzyć do mnie kły. A jednak uparłam się, że nie zapalę. 
        Teraz nadal jeszcze czuję się "jakby mnie kot wypluł", ale przynajmniej jestem zadowolona z siebie. Bezwstydnie zadowolona. Zamiast odwracać się od problemów w błogi dymek, zamiast uciekać w chwilową przyjemność, stawiłam im czoła. Ani to łatwe, ani przyjemne, ale zdaje mi się, że chyba właśnie tak postępują lidzie dorośli- radzą sobie z problemami i negatywnymi emocjami.

piątek, 11 czerwca 2010

Aparat do naświetlania marzeń

     Nie tak dawno narzekałam na zimno i złą pogodę, a tu- zupełnie nagle- zaczęły się upały. Słońce przypieka, ozłaca skórę i sprawia, że nie chce mi się przesiadywać nad książkami (a właściwe, to kiedy mi się chciało?). Rada, nie rada biorę jednak książki na balkon i wyciągając się wygodnie na słońcu, pracuję ile mogę. 

     Wysilam się intensywnie nad moją pracą magisterską. Muszę co prawda oddać ją dopiero za rok w maju. Umówiłam się jednak z moją kochaną promotorką, że oddam pracę już jesienią, aby jak najszybciej "oszlifować" ją, potem obronić i bez zwłoki rozpocząć inne- wymarzone od lat- studia.

     Kiedy byłam małą dziewczynką, wydawało mi się, że spełnianie marzeń, to sprawa magiczna. Myślałam, że w życiu, jak w baśniach zjawiają się po prostu zaczarowane postacie- Mikołaj, Wróżka Zębuszka, ewentualnie inne wróżki- i spełniają marzenia. Bo przecież to, o czym śniłam, na przykład domek dla lalek- dostawałam zazwyczaj nagle, niespodziewanie. 

    Dopiero z czasem, gdy troszkę podrosłam i zaczęłam marzyć o czymś więcej, niż tylko o książkach, sukienkach i zabawkach, przekonałam się, że marzenia nie spełniają się nagle. Ich spełnienie trzeba sobie zaplanować i konsekwentnie do niego dążyć, nie szczędząc pracy i wysiłków. Należy też liczyć się z tym, że czasami wysiłki te mogą nie przynieść pożądanych efektów. Coś może nie wyjść, a wtedy trzeba się pozbierać, zacisnąć zęby i zacząć od nowa. 

    Tak przecież było całkiem niedawno ze mną. Wymarzone studia miałam rozpocząć już w październiku tego roku, studiując dwa kierunki jednocześnie. Żeby jednak dziekan wyraził na to zgodę, musiałabym uzyskać wysoką średnią. Starałam się o to bardzo, gdy nagle jednego wieczoru, jeden nieostrożny krok pomieszał wszystko. Nabawiłam się kontuzji i w dniu, gdy moje koleżanki zdawały ważny egzamin, ja spałam błogo na sali operacyjnej. Długie miesiące powrotu do zdrowia uprzytomniły mi, że wszystkie moje plany muszę odłożyć na następny rok, a wszystkie starania- zacząć od nowa. 

     Wylegując się z książką na słonku i opiekając swoje blade kończyny, pomyślałam sobie, że najpiękniejsze marzenia są troszkę podobne do fotografii z aparatu otworkowego. Mój kolega, Piotr, miłośnik i adept fotografii, pokazywał mi nieraz takie aparaty. Są to światłoszczelne pudełka posiadające malutki otworek i mieszczące w środku negatyw, lub papier światłoczuły. Przez otworek wpada do wnętrza aparatu światło, które naświetla negatyw i utrwala obraz. Czas naświetlania bywa różny, czasami jest to kilka dni, a nawet kilka miesięcy. Trzeba się trochę postarać, aby wykonać taki aparat, a potem trzeba bardzo cierpliwie czekać na efekt. Tak samo jest z marzeniami- nie ma niczego nagle, magicznie i od razu. Najpiękniejsze marzenia mają zawsze długi czas naświetlania. Tylko te błahe i liche można spełnić od razu, bez większych starań. Pstryk i już- jak fotografie cyfrowe...

czwartek, 3 czerwca 2010

Najpiękniesza z tajemnic

     Czasami moi znajomi, czy kuzyni pytają po co chodzę do kościoła. No po co? Przecież Bóg jest wszędzie. Przecież oni też wierzą w Boga, może nawet wierzą mocniej ode mnie, bo oni potrafią modlić się wszędzie i nie potrzebują w tym celu chodzić do kościoła.  Skoro można modlić się wszędzie, to po co tracić czas, siedząc Mszy i słuchając "zawodzenia dewotek"?
     Jeśli naprawdę chcą o tym rozmawiać, staram się tłumaczyć. Owszem, mają rację, modlić się można wszędzie. Ale modlitwa w kościele, a szczególnie uczestniczenie we Mszy, to coś wyjątkowego. To najpiękniejsze z możliwych spotkanie z Bogiem. W czasie tego spotkania każdy, dosłownie każdy może zobaczyć, osobiście spotkać Boga. Bóg się nie chowa, nie robi wyjątków. Nie pokazuje się tylko wybranym- mistykom, wielkim świętym, wizjonerom. Pokazuje się każdemu i kto tylko zechce, może wejść do kościoła i Go zobaczyć. Bo przecież ten malutki krążek białego cista- to Bóg. Nie tylko pamiątka, taka trochę "na niby", nie symbol, tylko prawdziwa, żywa Osoba. Dla mnie to niezwykłe. Zobaczyć na własne oczy Boga, to- jak by to mój nastoletni kuzyn powiedział- czad i odlot! 
     Moje tłumaczenia są jednak zawsze bardzo nieśmiałe, bo zdaję sobie sprawę, że takie wyjaśnienie nie do wszystkich trafia. Cokolwiek by nie powiedzieć, obecność Boga w Najświętszym Sakramencie i tak zostanie niepojętą tajemnicą. Dla ludzkiego rozumu całkowicie abstrakcyjną.
     Na ołtarzu znajduje się przecież tylko biały krążek wypieczony z mąki i wody i odrobinka cierpkiego wina. A potem kapłan modli się, moc Boga działa i nagle- to już nie jest kruchy opłatek i białe wino, tylko żywy Bóg. Prawdziwe ciało, prawdziwa krew. Niewątpliwie trudno w to uwierzyć. Mnie też czasami jest ciężko. A jednak bardzo lubię tę chwilę, gdy ksiądz podnosi do góry ten biały Krążek i nagle wszystko schodzi na dalszy plan. Ksiądz, ludzie dookoła, cała rzeczywistość- wszystko chowa się za tym maleńkim białym Bogiem. Potem przyjmuję Komunię i chociaż dookoła wciąż jest mnóstwo ludzi, ja przez chwilę jestem z Jezusem sam na sam. Tylko my dwoje, przyjaciele kochający się jak para wariatów, niebywale szczęśliwi ;) 
     Wiem, wiem, niektórym moim znajomym niedowiarkom to, co napisałam wyda się bardzo dziwne. A jednak napisałam to specjalnie dla Was. Waśnie dzisiaj, w Uroczystość Bożego Ciała mamy okazję w sposób szczególny podziękować Bogu za to, że jest obecny między nami w kruchym chlebie. Dlatego to święto jest dla mnie wyjątkowe i życzę Wam, aby dal Was też takie było.