środa, 15 grudnia 2010
Droga
środa, 10 listopada 2010
Strategia, logistyka i pożeracz czasu
Życie we dwoje- choć piękne, szczęśliwe- wymaga wielu kompromisów i dyplomacji. Ja- rozpieszczona i zasadnicza egocentryczka, gdy wpadłam po uszy, w ambaras zwany miłością, musiałam nauczyć się pokory i kompromisów. Swój tryb funkcjonowania pod tytułem: "Ja, Moje, Dla Mnie" musiałam przestawić na inny, nieco trudniejszy: "My, Nasze, Dla Nas". Chociaż z Lubym nie mieszkamy razem, to jednak w pewnym sensie obowiązuje między nami "małżeńskie" poczucie własności- co twoje, to moje. Oznacza to, że Lubemu przyznany został przywilej szlachecki, na mocy którego może bezkarnie (czyt. bez narażania życia) używać wszystkich moich rzeczy. Mamy więc wspólne książki, płyty, wspólny kubek z kawą (bo On lubi wypijać nie tylko swoją, ale i moją przy okazji ;) ), oraz dwa laptopy, które psują się na przemian- każdy innego dnia.
Cała zabawa polega na tym, żeby tych wspólnych rzeczy i wspólnej przestrzeni używać tak, aby sobie wzajemnie nie przeszkadzać. Czasami nie jest łatwo, kiedy ja mam do odrobienia pracę domową i moje materiały zajmują pół pokoju, gdy w tym samym czasie On przygotowuje się do pracy, a na dokładkę tylko jeden z laptopów jest sprawny.
Nie jest też łatwo ustalić razem jeden wspólny plan dnia, zamiast dwóch indywidualnych. Dogadać się tak, żeby dwa rozpędzone elektrony, w biegu między praktykami, pracą, nauką, zakupami, spotkały się w którymś momencie.
Wszystko to wymaga ogromnego talentu strategicznego i logistycznego. Nic więc dziwnego, że gdy w końcu udaje nam się znaleźć kilka chwil dla siebie, chwile te są na wagę złota. Trzeba je wykorzystać najlepiej jak się da, nacieszyć się sobą jak najbardziej. Razem spacerujemy, rozmawiamy, modlimy się, czytamy na głos książki... Ale chyba jeszcze nie zdarzyło nam się wspólne oglądanie telewizji. Jakoś szkoda czasu na przyklejanie się do ekranu. Tyle jest rzeczy ciekawszych, piękniejszych od seriali, rzeczy, które można robić razem. Zbyt mało mamy czasu, by go trwonić na jakieś "Gwiazdy tańczą na asfalcie", albo inne "Stanie z gwiazdami". Żaden teleturniej nie zacieśni naszej przyjaźni tak, jak spacer. Razem uznaliśmy, że w przyszłości telewizor- pożeracz czasu- też nie będzie nam potrzebny. Gdy urodzą się dzieci, lepiej będzie bawić się z nimi, niż odpędzać je sprzed ekranu.
Ostatnio mój tata zaproponował, że gdy zamieszkamy razem, da nam telewizor w prezęcie. Był bardzo zdziwiony, gdy grzecznie, ale stanowczo odmówiliśmy.
-Jak to nie chcecie telewizora? Wcale?
-Wcale.
-Chociaż wiesz kochanie, możemy mieć telewizor- odezwał się niespodziewanie Luby.
-Ale...- zdziwiłam się, bo przecież wcześniej mówił co innego.
-Możemy mieć w domu ten telewizor, który dostałaś od babci. Ten w drewnianej obudowie.
-Ale on nie działa!- zaprotestował tata.
-Nie działa- ucieszyłam się- ale za to jak pięknie będzie wyglądać, jako stolik!
wtorek, 19 października 2010
Krzywda, która istnieje naprawdę
Czasami spotykamy w życiu takich ludzi, którzy są po prostu dobrzy- czujemy to od pierwszej chwili. Lubimy ich od razu, od pierwszego kontaktu, choć nawet nie wiemy, dlaczego tak jest. Czujemy ich ciepło, chcemy z nimi przebywać. Taki też jest on- pewien ksiądz, którego spotkałam rok temu. Miał w oczach niewysłowioną dobroć i łagodność. W postępowaniu z ludźmi był bardzo delikatny (nie mylić z pojęciem "niemęski"), ale i konkretny. Czułam, że to niezwykły człowiek.
Przyjechał na spotkanie integracyjne pewnej wspólnoty katolickiej. Była tam głównie młodzież, bawiąca się i modląca razem w małej miejscowości turystycznej. Ksiądz wpadł z wizytą i od razu podbił serca wszystkich!
W czasie nabożeństwa zaproponował, że się za nas pomodli. Podchodziliśmy po kolei, a on kładł ręce na nasze głowy i modlił się. W pewnym momencie pewien chłopak pod dotknięciem kapłana upadł z wrzaskiem na ziemię. Rzucał się konwulsyjnie i ryczał niezwykle głośno. Kapłan nie stracił ciepłego wyrazu swoich oczu. Spokojnie pochylił się nad młodym mężczyzną i zaczął się modlić nieco inaczej. Ja usiadłam spokojnie na swoim miejscu i również się modliłam. Z prostotą i wielką ufnością.
Zdrowaś Maryjo...
Boże, ja Tobie ufam.
...łaski pełna...
Wiem, że Ty jesteś potężny.
...Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami...
Ty na pewno zwyciężysz i nie pozwolisz, by zło wygrało.
...i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus...
Ufam Tobie!
Chłopak, choć nigdy nie był w słonecznej italii i tamtejszego języka nie znał, zaczął głośno krzyczeć po włosku. Gdy kapłan pokropił go wodą święconą, ryk stał się niemal zwierzęcy. I gdyby nie ta spokojna ufność, która mnie zalewała, pewnie bym się wystraszyła. Ale nie, nie bałam się, tylko modliłam się dalej. Jedno "Zdrowaś...", za drugim.
Mniej więcej po godzinie ta manifestacja zła skończyła się. Chłopak leżał spokojny już i mocno wyczerpany, a ja dziękowałam Bogu za opiekę.
Takim to sposobem, mimowolnie stałam się uczestniczką egzorcyzmu. Chłopak miotający się po posadzce był opętany, a ten ksiądz ze światłem w oczach był egzorcystą.
Piszę o tym, bo na portalu "Fronda" znalazłam ciekawy artykuł na ten temat i skłonił mnie on do refleksji. Tak to się jakoś dziwnie porobiło we współczesnym świecie, że ludzie nie wierzą w istnienie zła, a szatana uważają za artefakt wyjęty ze średniowiecza. Nie wierzą i nie rozumieją, że on niestety istnieje i działa. A przez to, że się w niego nie wierzy, ma jeszcze większe pole działania. Ulec mu jest łatwo. Niewiele trzeba. Czasami wystarczy przestać przyjmować sakramenty (bo po co komu spowiedź- kolejny relikt średniowiecza) i zacząć żyć w stanie ciągłego grzechu- seks pozamałżeński, środki antykoncepcyjne i aborcyjne- niby to nic złego. Wszyscy tak robią. A jednak często od tego się zaczyna. A dalej jest już równia pochyła.Czasami zaczyna się inaczej- wróżki, tarot, feng- shui, pierścień atlantów na palcu (bo tak ładnie wygląda i "przynosi szczęście". Zaczyna się niby niewinnie, a potem jest ogromne cierpienie i niezrozumienie- dlaczego mi tak źle, dlaczego nic mi w życiu nie wychodzi, skąd te myśli samobójcze?
Szatan niestety istnieje naprawdę. I nie jest zabawnym pucołowaty stworkiem z kreskówki, ani "Constantina". A egzorcysta, to nie bohater filmu Science fiction który nosi w kieszeni osikowy kołek i pistolet z poświęconymi kulami. Nie jest to też jakiś nawiedzony wariat, albo magik. Nie. Egzorcysta to kapłan, który jest specjalnie wyświęcony po to, żeby w przypadku opętania, lub zniewolenia działać w imieniu Boga, by pomóc cierpiącej osobie.
Trudny temat poruszyłam, wiem o tym. Wiem, że teraz pewnie ktoś napisze mi coś przykrego, albo weźmie mnie za wariatkę. Ale o tym, co opisałam, mówić trzeba, bo zło istnieje i krzywdzi ludzi naprawdę...
czwartek, 7 października 2010
Dlaczego płyniemy pod prąd?
Zaczęło się od przyjaźni. Takiej pięknej. Od poczucia wzajemnej i bezwarunkowej akceptacji. Od obustronnego poznania swoich wad, słabości i przyjęcia ich tak po prostu, ze zrozumieniem i szacunkiem. Zaczęło się od długich rozmów, szczerości, wspólnej modlitwy. Od wzajemnego wsparcia i ciepła. Później był pierwszy pocałunek, słowo „kocham” wyszeptane po raz pierwszy... Dalej złoty pierścionek i to ważne pytanie: „Czy chcesz zostać ze mną na zawsze?”.
Teraz przygotowujemy się powolutku do małżeństwa. Finansowo, materialnie, ale przede wszystkim duchowo. Dla nas okres narzeczeństwa, to piękny czas. Nasza przyjaźń pogłębia się, więź się umacnia… Dlatego dziwi nas, że od naszych bliskich słyszymy często jedno złote zdanie: „No, ale skoro wy ze sobą już tak NA POWAŻNIE, to chyba stosujecie jakąś antykoncepcję, co?”. Pytanie to zadają zupełnie naturalnie, jakby to było całkiem oczywiste, że dwoje zakochanych ludzi po prostu MUSI chodzić ze sobą do łóżka. Wytworzył się w nich dziwny, bardzo kaleki skrót myślowy: związek jest równoznaczny z seksem i antykoncepcją. Skrót ten nie jest z resztą jedynie domeną naszych bliskich. Jest to myślenie do tego stopnia powszechne, że mottem naszych czasów można by uczynić słowa Alberto Sordiego: „Gdy mężczyzna prosi dziś o rękę kobiety, to znaczy, że resztę miał już wcześniej”. Właściwie nikt już nie wierzy w to, że mogłoby być inaczej…
Ale my chcemy inaczej- bez seksu przedmałżeńskiego. Niewspółcześnie, niemodne, wbrew temu, co wypisują kolorowe periodyki. Niektórzy śmieją się-nie wytrzymacie, to niemożliwe, wbrew naturze. Bez sensu. Nie da się wytrwać w takim postanowieniu.
Według nas- da się. Oczywiście, mój przyszły mąż jest dla mnie atrakcyjny fizycznie i bardzo mnie pociąga. Martwiłabym się, gdyby było inaczej. To by oznaczało, że albo ze mną, albo z naszą relacją coś jest nie w porządku. Są więc pragnienia- naturalne, zdrowe, normalne- ale jest też rozum, który te pragnienia kontroluje. Nie jestem zwierzęciem, które bezrefleksyjne zaspokaja popędy.
Niektórzy pytają: po co?! Powodów jest wiele. Długo by tłumaczyć. Wstrzymujemy się po to, żeby teraz, przed ślubem nauczyć się wierności i wzajemnego szacunku. Po to, żeby później ofiarować sobie wzajemnie najbardziej wyjątkowy prezent ślubny- samych siebie. Poza tym, takie „sprawdzanie się” przed ślubem jest bardzo przedmiotowym traktowaniem bliskiej osoby. Jak branie na jazdę próbną kupowanego właśnie samochodu. A my nie chcemy traktować się przedmiotowo. Argumentów popierających nasz wybór- archaiczny i niewiarygodny- jest jeszcze wiele. Ale dla mnie, jako pedagoga szczególnie ważny jest jeden- troska o nasze przyszłe dzieci. Ktoś mógłby zapytać, co to ma do rzeczy? Jaki związek ma wstrzemięźliwość seksualna z dobrem dziecka? A ma i to bardzo duży.
Jest w psychologii i pedagogice prenatalnej pewne zagadnienie- bardzo ważne, choć media milczą o nim uparcie. Tym zagadnieniem jest podstawowa ufność.
Gdy w ciele kobiety zaczyna rozwijać się dziecko, już na samym początku, zanim jeszcze zaczyna ono myśleć i rozumieć, zanim pojawią się jego pierwsze fale mózgowe, ciałko dziecka już zaczyna odczuwać. Gdy dziecko jest jeszcze malutkim zlepkiem komórek, podobnym ni to do embrionu kury, ni to zarodka królika, już odczuwa. To, czego doświadcza w tym okresie życia, ma duży wpływ na to, jak ukształtuje się jego system nerwowy, a co za tym idzie- na kondycję psychiczną w przyszłości. Dziecko, które od samego początku jest chciane, kochane, którego pojawienie się jest związane z radością, ma duże szanse na to, że będzie ufne, spokojne, pogodne, będzie miało wiarę w siebie. Jego maleńki, kiełkujący dopiero system nerwowy jest kształtowany przez pozytywne bodźce. Już na starcie dostaje od rodziców wspaniałe wyposażenie na przyszłość. I odwrotnie, dzieciątko nieplanowane, niechciane, niekochane, witane z gniewem i stresem, prawdopodobnie będzie nerwowe i nieufne. Jego system nerwowy od początku jest bombardowany paskudnymi odczuciami.
Proszę więc teraz wyobrazić sobie parę, która stosuje antykoncepcję i absolutnie nie jest gotowa na przyjęcie dziecka. Pewnego dnia antykoncepcja zawodzi- to się przecież zdarza- i poczyna się dziecko. Rodzice denerwują się, martwią. Zadają sobie gorączkowe pytania: co dalej, jak sobie poradzimy? Usunąć, nie usunąć? Jest duży stres. Nikt się nie cieszy, nie mówi z radością: „Witaj w naszym życiu, kochanie!”. To maleństwo od samego początku jest traktowane z wrogością. Jakie warunki rozwoju ma ten nieszczęsny maluszek?
Razem z moim mężczyzną postanowiliśmy zgodnie: nie chcemy naszym dzieciom fundować takich złych początków. Chcemy przyjąć je z radością- w odpowiednim czasie.
Nasi bliscy mogą się śmiać, stukać w czoło, dawać „dobre” rady. Dla nas to nie istotne. Wiemy, że nas wybór jest rozsądny. I kropka.piątek, 24 września 2010
O wypalaczach i fajnych nastolatkach
Michał przywitał mnie jakoś tak z roztargnieniem. Miał zmarszczone czoło i widać było, że myślami jest bardzo daleko.
-Byłem w Sanepidzie- odezwał się w końcu. – Niczego nie mogą zrobić. Dopóki to paskudztwo jest sprzedawane jako „produkt kolekcjonerski”, a nie spożywczy, Sanepid nie może tego zabronić. Kiedy tam wchodziłem, minął mnie jakiś prawnik. Był w Sanepidzie w tej samej sprawie...
Kiwnęłam głową z rezygnacją. W naszym mieście powstaje sklep z dopalaczami, coraz więcej młodych ludzi truje się tym świństwem, a prawo jest bezradne…
O dopalaczach wiele się ostatnio mówi (zastanawiam się, czy ten szum dookoła nich nie jest dodatkową reklamą…). Są to mieszanki różnych substancji chemicznych o silnym działaniu odurzającym. Sprzedawane są legalnie, choć według oficjalnej wersji przeznaczone są do zbierania, kolekcjonowania, a nie do zażycia. Absurd! Młodzież się cieszy- można legalnie kupić substancje o działaniu narkotyków i nikt nawet nie sprawdzi dowodu. Można „mieć fazkę na legalu”. Nie trzeba zadawać się z dealerami „prawdziwych” narkotyków i ryzykować przyłapania przez policję, skoro prawie za każdym rokiem jest sklep z legalnymi substancjami o podobnym działaniu. I to czynny dłużej, niż piekarnia, czy apteka…
Rodzice i lekarze załamują ręce. Nikt nie łudzi się, że młodzi wkładają dopalacze do klaserów, lub układają w kolekcjonerskich gablotkach. Usłużni sprzedawcy chętnie objaśniają, jak te „kolekcjonerskie cacka” zażyć i jaka „faza” może po nich być. Nie mają prawa udzielać takich informacji, ale robią to. W wyniku tego na szpitalne odziały toksykologiczne trafia coraz więcej młodych ludzi silnie zatrutych dopalaczami. Podniesione ciśnienie i tętno, migotanie komór serca, mózg i wątroba uszkodzone silną chemią. A miało być tylko fajnie, miała być zabawa… Lekarze bywają bezradni, no bo jak tu odtruć kogoś, skoro nie wiadomo CZYM się zatruł? Na opakowaniach dopalaczy nie ma podanego składu chemicznego. Dokładne testy stosowane w szpitalach z łatwością wykryją alkohol, amfetaminę i inne paskudztwa, ale nie radzą sobie z tajemniczymi dopalaczami. Wzory chemiczne dopalaczy są skomplikowane, a jeśli jakaś substancja zostaje zabroniona przez prawo, wystarczy minimalnie zmienić ten wzór, aby otrzymać substancję dozwoloną przez zapisy prawne, mającą podobne działanie i… nieznaną lekarzom. W efekcie coraz więcej amatorów dopalaczy umiera, lub bardzo długo walczy o życie na szpitalnych oddziałach.
„Właściwie, to czym ja się przejmuję? Przecież to nie moja sprawa. MNIE to nie dotyczy”- przeszło mi przez myśl. To fakt, nie dotyczy mnie. Ale być może tylko dlatego, że kilka lat temu, gdy sama byłam zbuntowaną nastolatką w glanach, dopalaczy jeszcze nie było na polskim rynku. Z buntu i niemądrych przygód już wyrosłam. Problem dopalaczy nie dotyka bezpośrednio mnie, ale przecież może dotknąć moich młodszych kuzynów, kolegów… Wbrew pozorom używki- alkohol, narkotyki, dopalacze- to nie problem zdegenerowanych, do szpiku kości złych małolatów (z resztą czy można o kimkolwiek powiedzieć, że jest zły?). Nie. Najczęściej po takie „ulepszacze życia” sięgają jednostki inteligentne i wrażliwe. Gdy się ma kilkanaście lat łatwo jest zrobić głupotę, nawet, jeśli jest się mądrym, dobrym człowiekiem. Bo potrzeba akceptacji grupy jest tak silna, że robi się to samo, co inni. Nawet popadając w brawurę… Bo tkwią w nich tak silne zranienia, że nie potrafią sobie z nimi poradzić bez odpowiedniej pomocy i ból zagłuszają używkami. Bo rodzi się zupełnie normalny, naturalny (w tym okresie życia) bunt przeciwko światu- nikt ich nie rozumie, cały świat nie rozumie, dlatego trzeba robić światu na przekór… Różnie to bywa. Czasami z takich powodów fajne, mądre dzieciaki ładują się w kłopoty i uzależnienia. Mamy tendencję, by osoby uzależnione traktować jak gorsze, niegodne szacunku. Uzależnienie, to społeczny stygmat- łatka ćpuna, czy pijaka czyni młodego człowieka niemal trędowatym w społeczeństwie… I takim to sposobem wiele bardzo fajnych małolatów stacza się na dno.
Tak, to jest moja sprawa. Sama kiedyś byłam nastolatką, a w przyszłości- przy odrobinie szczęścia- będę mamą fajnych nastolatków. Nie chcę, żeby młodzi ludzie marnowali się przez takie świństwa, jak dopalacze, nie chcę, żeby moje dzieci miały do nich łatwy dostęp.
Na myśl o tym aż przeszły mnie ciarki.
-Petycja do prezydenta miasta chyba niewiele tu zmieni, prawda?- spojrzałam na Michała bez większej nadziei.
-Raczej tak. Myślę, że niewiele da- przyznał z troską.
-No ale przynajmniej wyraziłaby ona głośno sprzeciw ludzi. Zawsze to coś…
Długo rozmawialiśmy na ten temat. Tak po ludzku nic nie można zrobić. Nasi przyjaciele i znajomi, a także ludzie w innych miastach Polski, próbują inaczej- modlą się. I to jest chyba najlepsze wyjście. My też będziemy.
poniedziałek, 19 lipca 2010
Nie opluwać, lecz kochać!
Zanim przejdę do sedna sprawy, która skłoniła mnie do refleksji, popełnię krótką retrospekcję: Od jedenastego do trzynastego wieku naszej ery odbywały się wyprawy krzyżowe z Europy do Palestyny. Europejscy chrześcijanie, chcąc pozyskać z rąk "niewiernych" miejsca związane z wiarą chrześcijańską, prowadzili walki które pochłonęły dziesiątki tysięcy ofiar. W trzynastym wieku zakon krzyżacki rozpoczął "nawracanie" Prus. I delikatnie mówiąc... nie odbyło się to łagodnie i pokojowo... W piętnastym wieku miały miejsce wojny religijne pomiędzy katolikami, a protestantami w Niemczech. Walcząc w imię Jezusa (który jest przecież Miłością i Miłosierdziem), bez żadnego wstydu tłukli się niemiłosiernie. Takim to sposobem religia chrześcijańska, która tak naprawdę jest religią miłości, która zakłada dostrzeganie i szanowanie Boga w każdym człowieku- przez wieki była haniebnie plamiona czarnymi kleksami nienawiści, braku szacunku i okrucieństwa. Wstyd!
Wydawać by się mogło, że te okropne czasy na szczęście już minęły. A jednak nie całkiem... Pseudokatolicki jad sączy się nadal, tyle, że w nieco bardziej zawoalowanej formie.
Nie dalej jak w marcu Młodzież Wszechpolska utopiła w Wiśle kukłę przedstawiającą panią Alicję Tysiąc. Miał to być manifest przeciwko proaborcyjnym poglądom tej pani. Dwa lata temu skandal wywołał pewien katolicki kapłan, wypowiadający się pogardliwie i wrogo na temat homoseksualistów. Posunął się nawet do stwierdzenia, że kiedyś "pedałów" palono na stosach i "może powrócimy do tych wspaniałych czasów". Takich "perełek" mogłabym zaserwować jeszcze wiele, ale nie zrobię tego, bo mi wstyd. Sama jestem katoliczką, też jestem przeciwniczką aborcji i homoseksualizmu, ale najzwyczajniej szlag mnie trafia, gdy ktoś tak zieje nienawiścią i brakiem szacunku do bliźnich.
Człowiek wierzący może (a nawet powinien!) przeciwstawiać się stanowczo pewnym czynom i postawom, które uważa za złe. Nigdy jednak nie powinien potępiać ludzi, którzy za tymi czynami i postawami stoją. "Nie kochaj w człowieku błędu, lecz kochaj człowieka"- apelował święty Augustyn. "Walczę ze złem, a nie z ofiarami zła"- mawiał z naciskiem ksiądz Popiełuszko. W praktyce ich słowa oznaczają tyle samo, co: nie popieraj związków homoseksualnych, ale szanuj homoseksualistę, nie popieraj aborcji, ale módl się za kobietą, która jej dokonuje. Mów głośno, o tym, co uważasz za złe, ale mów to z miłością, a nie- plując jadem.
Wylewanie pomyj na innych ludzi, deptanie ich godności, wypacza wiarę i godzi w jej fundamenty. "To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali (...)" (J 15, 12) powiedział Jezus i nigdy tego nie odwołał. Nie dodał drobnym druczkiem aneksu, typu "ludzi zagubionych, nieszczęśliwych i złoczyńców miłować nie musicie"... Dlatego jeśli ktoś w Niego wierzy, należy do Jego Kościoła, nie powinien odnosić się do innych z pogardą, lub agresją.
Na szczęście jednak jest jeszcze wielu dobrych ludzi, którzy o tym pamiętają. Przekonałam się o tym kilka dni temu. Przy okazji parady homoseksualistów w Warszawie (której nawiasem mówiąc nie popieram!) rozgorzało wiele obrzydliwych, homofobicznych pyskówek. Było wielu ludzi, którzy z zamiłowaniem kąsali "pieprzonych pedałów". Ale obok tego kipiącego kociołka jadu pojawiła się piękna i mądra inicjatywa. Ktoś wpadł na pomysł, aby defensywą dla parady stała się... modlitwa, spowiedź i adoracja Najświętszego Sakramentu. Na plakacie promującym tę akcję, przedstawiony był Jezus, który mówił "Nie przyszedłem potępić, lecz zbawić". Gdy to zobaczyłam, uśmiechnęłam się. Modlitwa jest zawsze czynem miłości i może zdziałać więcej, niż najgorętszy protest. Ten, kto na to wpadł, moim zdaniem pokazał, że są jeszcze w Kościele mądrzy ludzie. Na szczęście!
czwartek, 15 lipca 2010
Zaczarowane akordeony
Obok wielu pięknych i zabawnych wspomnień z dzieciństwa, szczególnie z różnych świąt i spotkań rodzinnych, mam jedno takie, które do dziś wywołuje u mnie zgrzytanie zębami. A mianowicie, gdy przy stole (wigilijnym, bądź urodzinowym) zbierała się cała rodzina, przyjeżdżała również moja ukochana ciocia, z równie kochanym wujkiem i... jego zupełnie niekochanym akordeonem. Akordeon w czerwonej obudowie wyglądał dość niewinnie i do pewnego momentu nikomu krzywdy nie czynił, leżąc cicho w kącie. Gdy jednak wszyscy się najedli, nagadali, wujek brał akordeon do rąk i wtedy się zaczynało. Czerwony instrument łypał na mnie złowieszczo, wydawał pierwsze złowrogie dźwięki, a potem... Potem już płynęła z niego fala jęków, zgrzytów i fałszów układających się w kiepskie biesiadne piosenki. Koszmar!
Nic więc dziwnego, że nigdy nie lubiłam dźwięków akordeonu. Swoim laickim uwielbieniem darzyłam dźwięk skrzypiec, fletu, fortepianu, czy organów w muzyce klasycznej. Kochałam jazzowe trąbki, basy i saksofony, rockowe elektryczne gitary. Leciutkie fleciki irlandzkiego folkloru i renesansowe klawesyny. Ale na akordeon miałam alergię. I to taką, że nawet antyhistamina nie pomoże! Ostatnimi czasy moje objawy alergiczne złagodniały nieco na skutek pewnego utworu zasłyszanego przypadkiem. Ale i tak akordeon to nie jest to, "co tygrysy lubią najbardziej". Dlatego nie tryskałam entuzjazmem, gdy dowiedziałam się, że mam jako wolontariuszka zabezpieczać medycznie koncert Poznańskiego Kwintetu Akordeonowego (służyć pomocą, gdyby ktoś padł z wrażenia, albo po prostu zasłabł). Stwierdziłam jednak, że "obowiązek obowiązkiem jest", wzięłam mundurek, apteczkę i poszłam na nieszczęsny koncert.
Na podeście pojawiło się pięciu eleganckich mężczyzn. Konferansjerka nieśmiało, słabym głosikiem wypowiedziała kilka słów wstępu, mężczyźni popatrzyli na siebie wzajemnie, wymienili uśmiechy i zaczęli grać. Akustyka kościoła, w którym odbywał się koncert, sprawiła, że dźwięk rozpływał się miękko, otulał, łagodnie kołysał... Odpłynęłam. Czy to naprawdę tylko pięć akordeonów? Przecież to bogactwo dźwięków, to mała orkiestra. Potem było Adagio g Albinoniego. Gdyby nie fakt, że wszystko odbywało się w kościele, pod czujnym i srogim okiem księdza prałata, pomyślałabym, że to jakieś czary. Miałam wrażenie, że tych pięciu mężczyzn zaraz porwie za sobą słuchaczy, jak legendarny toruński flisak, który grą na skrzypcach oczarował i wyprowadził z miasta żaby. W kościele wprawdzie żadnej plagi żab nie było, ale gra była równie czarująca.
Nieco później muzycy sięgnęli do repertuaru legendy Jazzu- Scotta Joplina. Robili wrażenie, jakby wielką frajdę sprawiała im ta zabawa dźwiękami a ja stwierdziłam ze zdziwieniem, że jazz grany na akordeonie może być lepszy, niż na fortepianie...
Po zakończeniu koncertu (które nadeszło zdecydowanie zbyt szybko, mimo iż bolały mnie nogi, a apteczka ciążyła...), po bisach i oklaskach na stojąco, odezwałam się do koleżanki, flecistki: "Jestem w nich zakochana!". A jednak wyznawanie miłości do pięciu mężczyzn jednocześnie, w dodatku żonatych, nie jest w moim stylu, więc na wszelki wypadek dodałam: "Platonicznie, rzecz jasna" :)